Czy Chromebook za 250zł ma sens?

Czy Chromebook za 250zł ma sens?

Witam serdecznie. Niedawno w moje ręce wpadł pewnie laptop, który został zakupiony w serwisie Allegro za cenę nieco ponad 250 złotych. Chociaż jest to cena bardzo mała jak na notebooka to nie jest to jakiś „złom” sprzed 10 lat. Do tego bez problemu otwiera współczesne strony internetowe typu Facebook czy YouTube, a nawet radzi sobie z odtwarzaniem filmów w rozdzielczości Full HD. Jednak jest pewien mankament – laptop nie posiada tradycyjnego systemu operacyjnego typu Windows, a tak zwany Chrome OS, który opiera się głównie na przeglądarce Google Chrome, a poza nim można zainstalować jedynie wtyczki z sklepu z rozszerzeniami do tejże przeglądarki, oraz kilka aplikacji na Androida ze sklepu Play. Jednak czy jest to wada, która dyskwalifikuje ten sprzęt? I czy w ogóle jest to jakiś mankament?

Zacznijmy jednak od strony samego sprzętu. Lapek, który do mnie przyszedł to Lenovo ThinkPad 11e Chromebook, a jego specyfikacja przedstawia się następująco:

  • Procesor Intel Celeron N3150 1,6GHz (2,1 GHz w trybie turbo)
  • 4GB Ram DDR3L
  • Karta graficzna zintegrowana z procesorem
  • Ekran 11,6″ TN o rozdzielczości 1366×768
  • Dysk SSD o pojemności 16GB (!)
  • WiFi i Bluetooth
  • 2x USB 3.0, HDMI i czytnik kart pamięci
  • oraz kamerka internetowa nad monitorem

Dobra. Przyznaję, że specyfikacja nie jest jakaś super. Dodam jeszcze, że nie ma możliwości rozbudowy pamięci Ram i SSD, gdyż są na stałe przylutowane do płyty głównej, więc jedyną możliwością jest zakup karty SD. Szczególnie boli 16GB pojemności dysku (szczególnie, że moje wysłużone Xiaomi Redmi Note 4X ma 64GB XD). Procesor chociaż 4-rdzeniowy też nie jest jakoś super wydajny i każde Intel Core i5 będzie od niego lepsze (nawet pierwszej generacji). Jednak czy przez to system chodzi tragicznie?

Jak wspomniałem wyżej, chromebook chodzi na tzn. Chrome OS. Jest to w zasadzie sama przeglądarka od Google’a, więc nie mamy tu jakiś wielu procesów i programów w tle. Owszem, na dolnym pasku znajdziemy odnośniki do YouTube czy Dokumentów Google, jednak są to tylko skróty, które otwierają nam odpowiednie strony w przeglądarce. Przez to przeglądanie internetu przebiega sprawnie i bez przycięć. Strony społecznościowe też działają bez problemów. Jedynie przy wielu kartach w przeglądarce witryny mogą ładować się trochę wolniej. Oprócz tego możemy również instalować rozszerzenia z Chrome web store i niektóre aplikacje z sklepu Play. Ustawienia też nie są jakieś rozbudowane – ograniczają się głównie do połączenia się z internetem (tylko przez WiFi, gdyż notebook nie posiada gniazda RJ-45), jednakże dzięki temu laptop jest w zasadzie gotowy do pracy niemal od razu. Wystarczy się zalogować i skonfigurować swoje konto Google. Jeśli szukacie taniego sprzętu tylko do internetu to się nie zawiedziecie. 😉

Korzystając z faktu, że mamy tu sklep Play postanowiłem zainstalować jakąś grę i sprawdzić jak lapek sobie z nią poradzi. Tak więc zainstalowałem PUBG’a Mobile! I cóż… pierwsze co zobaczyłem po uruchomieniu to komunikat, że gram na emulatorze… Podejrzewam, że jest to spowodowane tym, że gra została uruchomiona na sprzęcie z klawiaturą i myszką. Pomimo tego udało mi się zalogować do gry. Następnie ustawiłem ustawienia graficzne na najniższe i dołączyłem do gry. Niestety nie miałem jak zmierzyć ilości klatek, jednak mogę stwierdzić, że gra jest grywalna. Może gra nie działa jakoś zachwycająco, ale gdyby ktoś chciał pograć to pogra. Tylko trzeba jeszcze pobawić się ze sterowaniem, gdyż ta wersja PUBG’a nie została stworzona z myślą o graniu na klawiaturze i myszce, a lapek nie posiada ekranu dotykowego. Rozegrałem tylko jedną grę, ale i tak udało mi się zająć drugie miejsce. XD

Jeśli natomiast chodzi o wyświetlanie filmów to filmy z YouTube wyświetlają się prawidłowo, o ile odpuścicie oglądanie w rozdzielczości 4K i 1440p. Przy Full HD odtwarzają się już płynnie, jednak jak wszedłem do statystyk to zauważyłem, że filmy i tak gubiły trochę klatek, więc czasem mogą zdarzać się jakieś pomniejsze przycinki.

Dobra, wiemy już, że Chrome OS świetnie sprawdza się jako terminal do przeglądania internetu, pracy biurowej i oglądania filmów z Youtube/Netflixa. Co jednak jeśli chcemy mieć bardziej zaawansowany i w pełni funkcjonalny system? Czy można na takim Chromebooku postawić Windowsa lub Linuxa? Tak, można, jednak nie jest to takie proste jak w przypadku standardowych laptopów. Żeby mieć możliwość bootowania i zmiany systemy musimy wpierw wgrać na niego tzn. Coreboot’a. Jest to alternatywny i otwarty firmware, który (w skrócie) zastępuje domyślny BIOS lapka. Proces nie jest zbyt skomplikowany, jednak jeśli nie czujecie się na siłach, by tak bardzo ingerować w sprzęt to sobie odpuście. Aby zainstalować Coreboot’a musimy przejść do trybu programistycznego Chrome OS’a i wpisać kilka poleceń w terminalu (poniżej załączę poradnik jak to zrobić). Pamiętajcie tylko, że spowoduje to usunięcie samego Chrome’a. Po jego wgraniu możemy zabootować dowolnego pendrive’a. Możemy nawet zainstalować Windowsa 10, jednak osobiście nie polecam jego na ten sprzęt (chyba, że zainstalujecie jakąś odchudzoną wersję), gdyż 16GB to moim zdaniem za mało. Dużo lepiej postawić na nim dowolnego lekkiego Linuxa. Najlepiej byłoby postawić na nim Archa (albo dystrybucję na nim opartą np. Manjaro, jeśli nie chcemy męczyć się z tekstowym instalatorem), najlepiej z jakimś minimalistycznym środowiskiem np. LXQT czy XFCE. Jednakże z laptopa będzie korzystać moja znajoma, która nie zna się za bardzo na Linuxie, więc zdecydowałem się zainstalować jakąś pochodną Ubuntu. W tym przypadku najlepiej sprawdzi się GalliumOS. Jest to dystrybucja oparta na Xubuntu, która została specjalnie zoptymalizowana pod chromebooki.

Instalacja systemu przebiega standardowo. Po zabootowaniu pendrive’a z instalką wyświetli się nam standardowy graficzny instalator z Ubuntu. Pamiętajcie tylko, że w miejscu, gdzie poprosi nas o partycjonowanie najlepiej wybrać opcję całkowitego wymazania dysku i instalacji na nim systemu. Natomiast sam system prezentuje się następująco:

W systemie mamy standardowe środowisko XFCE, przeglądarkę Chromium, menedżer plików, odtwarzacz mpv, oraz kilka innych podstawowych programów. Zdziwiło mnie jedynie, że nie został zainstalowany domyślnie żaden pakiet biurowy, jednak bez problemu możemy pobrać z repozytoriów LibreOffice. Dodatkowe aplikacje możemy instalować zarówno przez terminal, jak i graficzny sklep z aplikacjami, który może nie wygląda jakoś zachwycająco to jednak spełnia swoją funkcję. Poza pakietem biurowym zainstalowałem również na nim FileZillę, gdyż znajoma zajmuje się projektowaniem stron internetowych. Jeśli natomiast o aktualizacje to możemy je wykonać w bardzo prosty sposób uruchamiając aplikację (czy właściwie skrypt) w menu o nazwie GalliumOS Update i wpisując hasło administratora. 🙂

Jeśli natomiast chodzi o wydajność to system chodzi bardzo dobrze i prezentuje się podobnie co sam Chrome OS, jednak dalej myślę, że instalacja czystego Archa dałaby jeszcze lepsze rezultaty. Strony internetowe wczytują się szybko, LibreOffice działa bez problemów, a filmy na YouTube także odtwarzają się bez przycięć (myślę, że nawet trochę lepiej, ale może mi się tylko tak wydawać XD). Przetestowałem również odtwarzanie filmów w formacie mkv. GalliumOS posiada domyślnie zainstalowany minimalistyczny odtwarzacz mpv, który film w 1080p odtworzył bez problemu i bez gubienia klatek. System jest również w miarę oszczędny jeśli chodzi o wykorzystanie dysku, co jest ważne w przypadku tak małej pojemności. Po instalacji systemu i wgraniu wymaganego oprogramowania zostało jeszcze nieco ponad 9GB miejsca. A trzeba pamiętać, że Linux tworzy jeszcze tzn. partycję wymiany.

Podsumowując, jeśli nie macie zbyt dużo pieniędzy, a potrzebujecie taniego laptopa do przeglądania internetu i prostej pracy biurowej to taki Chromebook będzie dobrym wyborem. Jest to też świetny sprzęt dla osoby starszej czy dziecka, gdyż przez prostotę samego Chrome OS w zasadzie nie ma w nim czego zepsuć. Jedynie osoby przyzwyczajone do pracy na Windowsie lub Linuxie będą potrzebowały chwilę na przyzwyczajenie się. Natomiast jeśli potrzebujecie bardziej kompletnego systemu i nie boicie się modyfikowania BIOSu laptopa to spokojnie możecie na nim postawić Linuxa lub ewentualnie odchudzonego Windowsa. Wydajność będzie taka sama (jeśli nie lepsza, jeśli zdecydujecie się na Archa 😉 ), a dzięki temu zyskacie jeszcze więcej funkcjonalności. Na koniec wstawiam link do strony, gdzie macie poradnik jak wgrać Coreboot, oraz zainstalować dystrybucję GalliumOS. 😉


Batocera.linux – emulacyjny kombajn na pedrive’a

Batocera.linux – emulacyjny kombajn na pedrive’a

Witam serdecznie. W tym wpisie chciałbym przedstawić Wam system, który pozwala w łatwy sposób emulować praktycznie dowolną retro-konsolę, bez potrzeby ściągania każdego emulatora z osobna. Od kiedy kupiłem Raspberry Pi korzystam z narzędzia jakim jest Recalbox. Dzięki niemu mogę bez problemu odpalać gry z np. NESa (Pegasusa), SNESa, Segi Mega Drive, a nawet pierwszego Playstation. Do tego mogę grać w nie siedząc wygodnie przed telewizorem i podłączając pada od Playstation 3 (również bezprzewodowo). Jednakże postanowiłem znaleźć podobny system, który działałby na komputerach klasy PC. Owszem, mógłbym zainstalować sobie RetroArcha, jednak chciałbym mieć coś co mógłbym zainstalować na pendraku, przenosić między komputerami, oraz by zapisywał moje ustawienia i stany gier. RetroPie (który jest starszym bratem Recalboxa) jest skupiony wyłącznie na Raspberry Pi, natomiast sam Recalbox choć posiada wersję na PC to mam wrażenie, że została potraktowana bardziej po macoszemu. Jest jeszcze Lakka, która choć posiada największą możliwość konfiguracji to jednak wolałbym system prostszy w obsłudze, gdyż tak przygotowanego pendrive’a chciałbym móc podarować np. znajomemu. Mój wybór padł na mniej znaną, pochodzącą z Portugalii, dystrybucję Batocera.linux, która bazuje na Debianie i jest niezależnie rozwijanym forkiem Recalboxa. Zdecydowałem się na ten system, gdyż oprócz tego, że można go bez problemu zainstalować na pamięci przenośnej i przenosić między komputerami, to jeszcze posiada już w standardzie emulatory naprawdę wielu konsol, z czego wiele cechuje się wysoką kompatybilnością. Do tego jest dostępny w języku Polskim. 🙂

Dobra, teraz pokażę jak przygotować takiego pendrive’a z Batocerą. Osobiście polecam pamięć 16-32GB, jednak wystarczy już taka o pojemności 4GB. Pamiętajcie też, że w trakcie tego procesu zostanie ona wyczyszczona. Do tego potrzebujemy pobrać jeszcze program Etcher (jest dostępny na Windowsa, Linuxa i Mac OS), oraz zalecam posiadanie dowolnego pada na USB.

  1. Ściągamy obraz systemy z oficjalnej strony programu. Osobiście polecam wybranie wersji 64-bit.
  1. Podłączamy naszego pendrive’a do komputera i włączamy program Etcher. W nim wybieramy pobrany obraz systemu i naszą pamięć, a następnie naciskamy przycisk Flash!

I gotowe! Po zakończeniu procesu możemy wyjąć pendrive’a i cieszyć się naszym przenośnym emulacyjnym kombajnem! 🙂

Po menu najlepiej poruszać się za pomocą pada. Osobiście posiadam Natec Genesis P65. Batocera wykryła go bez problemów i nawet nie musiałem konfigurować go samemu, jednak zadziałał dopiero jak przełączyłem go w tryb x-input. Bez problemu działają również pady od Playstation i Xboxa.

W pierwszym rzędzie wszedłem do ustawień i ustawiłem je sobie według swoich własnych wymagań. Przetestowałem kilka gierek i muszę przyznać, że nie obyło się bez problemów, jednak na szczęście wszystkie udało mi się rozwiązać. Gry na konsole 2D chodzą bezbłędnie. Najbardziej lubię gry na SNES’a więc na emulacji tego sprzętu się teraz skupię. Osobiście polecam emulator bsnes. Chociaż ma dosyć duże wymagania sprzętowe to chyba jako jedyny celuje w kompatybilność na poziomie 100%. Jeśli macie słabszy sprzęt to polecam Snes9x, który też ma wysoką kompatybilność, oraz ma mniejsze wymagania. Natomiast największe problemy miałem natomiast z emulacją gier na Playstation. Po wgraniu wymaganych przez system BIOS’ów chciałem uruchomić Final Fantasy IX, jednak po włączeniu gry wywalało mnie z powrotem do głównego menu. Otóż Batocera posiada dwa emulatory tegoż systemu – wysoko kompatybilny Mednafen, oraz PCSX-Rearmed przeznaczony dla słabszego sprzętu. Ze względu na to, że używałem już PCSX’a w wersji Rearmed na Raspberry Pi, chciałem przetestować Mednafena, jednak nie wiem czemu obrazy w formacie img nie chciały z nim współpracować. Problem naprawiło spakowanie gier do archiwów PBP programem PSX2PSP (używanym np. do pakowania gier na PSP). Z emulacji PS2 jeszcze nie korzystałem, gdyż posiadam oryginalną konsolę, jednak wkrótce i ją przetestuje. 😉

Plusem, w porównaniu do Recalboxa, okazała się dla mnie łatwość w wrzucaniu ROMów i obrazów. Co prawda preferuję dodawanie gier przez podłączanie pendrive’a do włączonego komputera, jednak system ma oczywiście partycje linuxowe, a wiele osób nie posiada właśnie tego systemu. Natomiast Batocera posiada standardowy graficzny eksplorator plików, więc możemy w prosty sposób skopiować pliki z naszego dysku. Oczywiście możemy również dodawać je poprzez sieć lokalną i podłączając drugiego pendrive’a, jak to ma miejsce w Recalboxie, jednak uważam te sposoby za mniej wygodne.

Na zakończenie dodam jeszcze, że Batocera posiada również zainstalowany Kodi. Co prawda RetroPie i Recalbox również go posiadają, jednak mam wrażenie, że traktują tą funkcję po macoszemu. Kodi w tych systemach nie jest często aktualizowany (a przynajmniej w aktualizacjach, które mogę pobrać przez sam system, nie instalując wszystkiego na nowo), przez co wiele wtyczek do niego po prostu mi nie działa. W Batocerze jest zanstalowana prawie najnowsza wersja, więc nie mam z tym problemów. 🙂

Podsumowując – polecam omawiany system każdemu kto chciałby mieć w kieszeni swoje ulubione gry na retro konsole. Początkujący mogą natrafić na kilka problemów, jednak w internecie można znaleźć wiele poradników do niego. Co prawda sama Batocera nie ma tak dużej społeczności jak sam Recalbox czy RetroPie, jednak ze względu na to, że opiera się na tym pierwszym to wiele poradników będzie pasować i do niego. 😉 Natomiast osoby, które w temacie emulacji już trochę siedzą nie powinni mieć żadnych problemów.

Tales of Phantasia – dobre i niedocenione jRPG

Tales of Phantasia – dobre i niedocenione jRPG

Witam serdecznie. Pewnie wiele z Was jak tylko słyszy „jRPG” to od razu ma w głowie takie gry jak seria Final Fantasy, Chrono Trigger, Dragon Quest, bądź jeszcze inne gry ze stajni Square Enix. Jednak tenże gatunek ma naprawdę wiele innych gier do zaoferowania, a wiele z nich nigdy nie opuściło granic Japonii. W tym wpisie chciałbym przybliżyć Wam serię Tales of, a dokładniej jej pierwszą część, czyli Tales of Phantasia wydanej w 1995 roku na konsolę Super Famicon, oraz w 1998 na pierwsze Playstation.



Niestety, ale wówczas gra nie uzyskała dużej popularności. W tym samym roku wyszło również kultowe i ponadczasowe Chrono Trigger, które zdecydowanie częściej było wybierane na prezent świąteczny (Tales of Phantasia ukazało się tuż przed świętami). Mało tego, gra nie została oficjalnie przetłumaczona i wydana za granicą, przez co trzeba było czekać lata zanim można było w nią zagrać w zrozumiałym przez nas języku. Oficjalnie ukazała się dopiero w 2006 roku na Gameboya Advance, oraz w 2014 na telefony z iOS-em. Na szczęście w Tales of Phantasia mogliśmy zagrać dużo wcześniej, a to dzięki pracy ekipy „Dejap Translation”, która w 2001 przetłumaczyła wersję na SNES’a. W 2007 ukazało się również tłumaczenie wersji na PSX, a w 2012 jego poprawiona wersja. Jeśli natomiast nie przepadacie również za angielskim, to w 2009 roku wyszło spolszczenie autorstwa Mziaba. 🙂

Dobra, pora powiedzieć coś w końcu o samej grze. Fakty może są ważne, ale suche. Na pierwszy rzut oka gra nie wyróżnia się od innych przedstawicieli swojego gatunku z tego okresu – sterujemy drużyną herosów, oraz podróżujemy po świecie, by pokonać „tego złego”. Bohaterem gry jest młody chłopak o imieniu Cless, który wraz ze swoim przyjacielem łucznikiem o imieniu Chester, udają się na polowanie. W między czasie, wioska w której mieszkają zostaje napadnięta przez rządnego krwi rycerza, który zabija wszystkich jej mieszkańców, w tym rodziców obojga bohaterów. Obaj bohaterowie poprzysięgają zemstę, przez co z czasem przeradza się w coś dużo większego. Fabuła chociaż nieco sztampowa to jednak jest długa i dosyć rozbudowana jak na grę z czasów SNES’a, a motyw podróży w czasie jeszcze bardziej ją wzbogaca. Dlatego też nie zdradzę jej więcej i zachęcam, by poznać ją osobiście. W czasie gry natrafimy zarówno na sceny humorystyczne jak i komediowe, przez co grając ani razu nie narzekałem na nudę. Historia opowiedziana w tejże produkcji jest mroczna i utrzymana w stylistyce typowego fantasy – czego niestety nie mogę powiedzieć o następnych częściach serii, gdyż każda następna szła w stronę bardziej „japońskiego” fantasy. Podsumowując – pod względem fabularnym Tales of Phantasia Ameryki nie odkryła, ale opowieść jest dobrze napisana i wciąga.

Gra podzielona jest na trzy części – pierwszy dzieje się w teraźniejszości, drugi w przeszłości, a trzeci w przyszłości. Teraźniejszość to tylko prolog gry i nie jest on za długi, jednak dobrze pozwala nam zapoznać się ze światem i całą sytuacją w której znaleźli się sami bohaterowie. Druga część (za sprawą wspomnianych podróży w czasie) rozgrywa się w przeszłości i jest przy tym najdłuższa. To właśnie w niej spędzimy najwięcej czasu. Natomiast w części trzeciej gra stawia głównie na otwartość świata – niestety końcówkę gry oceniam trochę gorzej, gdyż tutaj nie raz nie wiedziałem gdzie iść i bez poradnika byłoby mi ciężko ukończyć grę, jednak na szczęście zadania poboczne rekompensują tą niedogodność. 😉

To co wyróżnia serię Tales of jest natomiast system walki. W grach z tego gatunku (szczególnie w latach dziewięćdziesiątych) spotykamy się najczęściej z systemem turowym. Tutaj zastosowano walkę w czasie rzeczywistym – w jej trakcie sterujemy tylko naszym bohaterem atakując za pomocą miecza, oraz posiadanych technik. Reszta członków drużyny wykonuje swoje akcje automatycznie, jednak możemy kazać im użyć wybranej przez nas umiejętności, oraz wybrać których mają używać. System nieco przypomina ten z bijatyk 2D z tego okresu, chociaż brakuje mu responsywności (chociaż to częściowo naprawiła wersja na PSX’a, co opiszę niżej). To co jeszcze odróżnia Tales of Phantasia od gier Square jest wyważenie poziomu trudności. Na raz możemy mieć max 15 sztuk danego przedmiotu, w tym tych przywracających HP i TP, a losowe walki zdarzają się częściej niż w następnych częściach serii. Chociaż grę ukończyłem bez problemu to w pewnych momentach było ciężko. Szczególnie w niższych poziomach kopalni Moria – najtrudniejszy dungeon w grze, tylko dla doświadczonej i dobrze wyposażonej drużyny. Ciekawą mechaniką jest również system żywności. W grze posiadamy worek na jedzenie, który możemy wypełniać poprzez zakupy w sklepie, znajdowanie w skrzyniach, oraz pokonując niektórych wrogów. Jeśli worek jest wypełniony to chodząc przywracana jest nam część utraconego przez nas zdrowia. W początkowych fazach rozgrywki nie musimy za bardzo zaprzątać sobie nim głowy, jednak im dalej tym bardziej nam się on przydaje i naprawdę ułatwia zwiedzanie coraz to trudniejszych lochów.

Jeśli natomiast chodzi o oprawę audiowizualną… Jak na grę na SNES’a prezentuje się całkiem ładnie, jednak niewiele wcześniej wyszedł dużo ładniejszy i bardziej szczegółowy Chrono Trigger. Grafika została poprawiona w wersji w na Playstation – na uwagę zasługują głównie ładniejsze sprite’y postaci, oraz trójwymiarowa mapa świata. Co ciekawe mamy tu drobne urozmaicenia graficzne jak np. odbicia w wodzie i w lustrze (RTX ON!), a same walki wyglądają efektownie. W przypadku dźwięku podobają mi się odgłosy postaci wypowiadane w czasie walki, które wypowiadają np. w czasie rzucania jakiegoś zaklęcia. Jeśli chodzi o muzykę… Square to to nie jest, ale i tak jest dobrze. Utwory może nie zapadają w pamięć jak kompozycje Nobuo Uematsu, to jednak od czasu do czasu zdarzyło mi się nucić jakąś melodię z gry. Poniżej jeden z moich ulubionych. 😉



Podsumowując. Polecam tą grę każdemu fanowi jRPG, szczególnie tym, którzy ograli już wszystkie odsłony Final Fantasy, a Chrono Trigger znają na pamięć. Może nie jest to gra bez wad, ale jest porządnym przedstawicielem swojego gatunku. Serię na pewno wyróżnia system walki, który co prawda w następnych częściach został usprawniony i rozbudowany to jednak sprawdza się on już w części pierwszej. Pamiętam, że było wiele narzekań na ten w Final Fantasy XV – uważam, że Square Enix powinno się wzorować właśnie na serii Tales of, jeśli chce iść w tym kierunku. Osobiście polecam zapoznać się zarówno z Tales of Phantasia, jak i z następnymi częściami, nawet jeśli każda następna poszła w stronę bardziej „japońskiego” fantasy. Dodam jeszcze, że powstała jeszcze adaptacja anime tejże gry. Została ona wykonana dobrze, jednak cała fabuła gry została upchnięta w 4 krótkie odcinki OVA. Osobiście polecam wpierw zagrać w grę, by w pełni doświadczyć historii, a dopiero potem sięgnąć po anime.

Na zakończenie chciałbym omówić poszczególne wydania gry i po które najlepiej sięgnąć. Jeśli chcielibyście ograć grę w języku polskim to wersja na Super Famicona otrzymała spolszczenie autorstwa Mziaba. Tłumaczenie jest wykonane bardzo porządnie, oraz zawiera polskie znaki. 😀

Mały easter egg od twórcy spolszczenia. 😉

Jeśli natomiast nie przeszkadza Wam granie w języku angielskim to polecam zagrać w odświeżoną edycję na konsolę Playstation, gdyż posiada kilka naprawdę kilka fajnych usprawnień. Fabuła pozostała bez większych zmian, jednak dzięki temu, że gra została w dużej mierze przeniesiona na silnik drugiej części (czyli Tales of Destiny) gra się przyjemniej. Oto przykładowe zmiany:

  • Ładniejsza i bardziej szczegółowa grafika (szczególnie sprite’y postaci)
  • Lepszej jakości muzyka i efekty dźwiękowe
  • Więcej dialogów i scenek fabularnych
  • Więcej zadań pobocznych
  • Mapa świata jest w 3D
  • Nieco usprawniony system walki (na wzór tego z Tales of Destiny)
  • Dodany system gotowania (w oryginale można było samemu ugotować tylko oden i tylko w wiosce ninja)
  • Bardziej rozbudowany system tytułów/klas – wcześniej tylko główny bohater mógł zdobywać nowe tytuły, a teraz mogą wszystkie pozostałe postacie; nowe tytuły zdobywamy w trakcie postępów fabuły i wykonując zdania poboczne
  • Nowe intro wykonane w stylistyce anime
  • W walce można kontrolować inne postacie
  • Chester jest bardziej użyteczny – dostał wiele nowych umiejętności, gdyż w wersji SNES umiał tylko atakować z łuku
  • Nowy opcjonalny towarzysz – Suzu (szkoda, że można ją zrekrutować dopiero w przyszłości 🙄 )

Osobiście odradzam edycje wydane na urządzenia przenoście. Wersja na GameBoya Advance chociaż zawiera część usprawnień z wersji na Playstation i została jako jedyna wydana oficjalnie na zachodzie to chodzi gorzej nawet od edycji na SNES’a (pomimo obniżenia jakości grafiki i animacji…), oraz dźwięk jest naprawdę słabej jakości (wiem, że GBA nie miał jakiegoś super głośnika, ale nawet na emulatorze jest słaby, a np. Golden Sun radził sobie dużo lepiej w tej kwestii). Jeśli chodzi o wydanie na PSP to cóż… otrzymało pełny dubbing, jednak nigdy nie otrzymało tłumaczenia na język angielski. A od wersji na iOS’a trzymajcie się z daleka. Gra jest niby darmowa, ale za to otrzymała mikrotransakcje, oraz jest na stale ustawiona na najwyższy poziom trudności. Dużo lepiej ściągnąć sobie emulator SNES’a na komórkę. 😛

Dziękuję za przeczytanie powyższego wpisu. Kończąc chciałbym dodać, że zaczynam serię wpisów na tematy takie jak gry, komputery itp. Niedługo planuję również wznowić (ponownie po roku…) moją serię z pierwszej części Wiedźmina, którą prowadzę na YouTube. Chociaż w tym tempie to let’s play z Wiedźmina 3 ukończą moje praprawnuki. 😅

Pozdrawiam.

Coming Out Day w Katowicach

Coming Out Day w Katowicach

Witam serdecznie. 11 października w Katowicach Stowarzyszenie Klucz – Stop Społecznym Wykluczeniom, wraz z Stowarzyszeniem Ostra Zieleń i kilkoma innych organizacjami, organizują wydarzenie „Coming Out Day”. Ze względu na to, że działam zarówno w Stowarzyszeniu Klucz jak i Ostrej Zieleni chciałbym zaprosić Was do wsparcia powyższej akcji, oraz do wzięcia w niej udziału. 😊 Wydarzenie będzie miało na celu okazanie Naszej solidarności z osobami LGBT+. Przygotujemy stoiska – będą tęczowe ciasteczka i ulotki. 😉

Jak podaje opis wydarzenia:

Nie potrafimy biernie patrzeć na szerzącą się fale nienawiści, dlatego 11 października chcemy zorganizować COMING OUT DAY, aby okazać solidarność z osobami LGBT+. (…) Coming Out Day upamiętnia marsz społeczności LGBT w Waszyngtonie, który odbył się w 1987 roku. Wzięło w nim udział około pól miliona ludzi. Po raz pierwszy w Polsce święto to obchodzone było w 2009 roku.

Poniżej zamieszczam link do wydarzenia, oraz do zrzutki, gdzie będziecie mogli nas wesprzeć. ✌

Zrzutka:

Pozdrawiam serdecznie. 😉